Samaria jest testem, czy naprawdę żyję Ewangelią – VI Niedziela Wielkanocna rok A

Liturgia Słowa na VI Niedzielę Wielkanocną roku A

W pierwszym czytaniu VI Niedzieli Wielkanocnej słyszymy, że Filip przybył do Samarii i głosił tam Chrystusa. Na pierwszy rzut oka może brzmieć to jak zwykła informacja geograficzna. Apostoł poszedł do kolejnego miejsca, mówił o Jezusie, ludzie słuchali, działy się znaki, a potem „wielka radość zapanowała w tym mieście”.

Ale to właśnie ta Samaria nie była tylko zwykłym miejscem. Dla Żydów czasów Jezusa i pierwszego Kościoła Samaria była przestrzenią trudną, podejrzaną, obciążoną historią wzajemnej niechęci. To nie była po prostu „inna miejscowość”. To była rana.

Między Żydami i Samarytanami istniał długi konflikt religijny, historyczny i społeczny. Mieli wspólne korzenie, ale ich drogi się rozeszły. Samarytanie zmieszali się z poganami. Spierali się też o to, gdzie należy oddawać cześć Bogu: w Jerozolimie czy na górze Garizim. Patrzyli na siebie z nieufnością. Każda ze stron miała swoją pamięć krzywd, swoje argumenty, swoje oskarżenia i swoje przekonanie, że to ona jest wierniejsza Bogu.

Dlatego Filip, idąc do Samarii, nie przekracza tylko granicy geograficznej. On przekracza granicę uprzedzenia. Idzie tam, gdzie wielu nie chciało iść. Do ludzi, o których łatwo było powiedzieć: „oni są inni”, „z nimi zawsze był problem”, „to nie nasi”, „nie warto zaczynać”. A jednak właśnie tam głosi Chrystusa. I właśnie tam pojawia się radość.

Historia Filipa pomaga nam zrozumieć, o co chodzi w nowym przykazaniu. Ewangelia nie może zatrzymać się w bezpiecznym środowisku. Nie może zostać tylko wśród tych, którzy myślą podobnie, modlą się podobnie, mają podobne doświadczenia i są łatwi w kontakcie. Ewangelia idzie także do Samarii — czyli tam, gdzie jest napięcie, uraz, dystans, niechęć i niezałatwiona historia.

 

Każdy ma swoją Samarię

Samaria nie jest tylko miejscem na mapie. Samaria może być także miejscem w naszym sercu. Każdy z nas ma swoją Samarię i samarytan.

Może to być konkretna osoba, której unikam. Ktoś z rodziny, z kim od lat rozmawia się tylko półsłówkami. Ktoś ze szkoły, pracy albo wspólnoty, kto mnie drażni. Ktoś, komu już dawno przykleiłem etykietkę. Ktoś, kogo oceniam, zanim zdąży cokolwiek powiedzieć.

Samarią może być grupa ludzi, o której myślę z góry. Ci „inni”. Ci „nie nasi”. Ci, których łatwo wrzucić do jednej kategorii. Ci, których poglądy mnie denerwują. Ci, których styl życia budzi mój sprzeciw. Ci, z którymi najwygodniej nie mieć nic wspólnego.

Samaria to miejsce, w którym Ewangelia przestaje być tylko teorią. Bo łatwo jest mówić o miłości, kiedy chodzi o ludzi, których lubię. Łatwo jest być cierpliwym wobec kogoś, kto mnie szanuje. Łatwo jest być dobrym dla tych, którzy są wdzięczni. Łatwo jest mówić o jedności wśród ludzi, którzy i tak są po mojej stronie.

Ale Jezus nie zostawił nam przykazania: „Miłujcie tych, z którymi jest wam wygodnie”. Powiedział: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem”. To „tak, jak Ja” zmienia wszystko.

Jezus umiłował nie dlatego, że człowiek był idealny. Nie dlatego, że zawsze odpowiadał wdzięcznością. Nie dlatego, że łatwo było go kochać. Jezus umiłował grzesznika, człowieka słabego, uciekającego, zdradzającego, zagubionego. Umiłował aż po krzyż i śmierć. Dlatego nowe przykazanie nie jest tylko zachętą do bycia sympatycznym. Jest wezwaniem do miłości, która przekracza granice wygody.

 

Przykazania jako szkoła miłości

W Ewangelii tej niedzieli Jezus mówi: „Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania”. Często słysząc słowo „przykazania”, myślimy przede wszystkim o zakazach. Nie rób tego. Nie przekraczaj granicy. Nie idź tą drogą. Nie wolno. Ale Jezus pokazuje przykazania inaczej. One nie są zimnym regulaminem. Są konkretnym czynem miłości.

Przykazania chronią miłość przed zniszczeniem. Uczą, że drugi człowiek nie jest przedmiotem, którego można użyć. Nie jest przeciwnikiem, którego trzeba zniszczyć. Nie jest tematem plotki. Nie jest narzędziem do poprawiania własnego samopoczucia. Nie jest kimś, kogo można upokorzyć słowem, komentarzem, ironią albo milczeniem.

Dekalog mówi: nie niszcz miłości. Jezus idzie dalej i mówi: kochaj tak, jak Ja. Nie wystarczy więc powiedzieć: „Nikogo nie skrzywdziłem”. Trzeba zapytać: czy ktoś przeze mnie miał więcej dobra? Nie wystarczy powiedzieć: „Nie kłamałem”. Trzeba zapytać: czy moja prawda była wypowiedziana z miłością? Nie wystarczy powiedzieć: „Nie ukradłem”. Trzeba zapytać: czy nie zabrałem komuś dobrego imienia, czasu, uwagi, pokoju?

Chrześcijaństwo nie jest tylko unikaniem zła. Jest uczeniem się miłości Jezusa. A ta miłość prędzej czy później prowadzi mnie do mojej Samarii.

 

Samaria jako test Ewangelii

Samaria testuje, czy Ewangelia naprawdę zaczęła zmieniać moje serce. Bo jeśli moja wiara działa tylko wśród „moich”, to jeszcze nie wiadomo, czy jest Ewangelią. Może jest tylko religijnym spełnianiem obowiązków. Jeśli potrafię być dobry tylko dla tych, którzy są dla mnie dobrzy, to jeszcze nie jest miłość na wzór Jezusa, tylko realizacja złotej zasady. Jeśli modlę się pięknie, ale noszę w sobie pogardę wobec konkretnych ludzi, to Ewangelia nie doszła jeszcze do mojej Samarii.

Filip idzie do miejsca trudnego. I tam pojawia się radość: „Wielka radość zapanowała w tym mieście”. Radość pojawia się tam, gdzie Ewangelia przekracza granicę niechęci. Tam, gdzie ktoś decyduje się nie zostać więźniem starych uprzedzeń. Tam, gdzie ktoś przestaje mówić: „z nimi się nie da”. Tam, gdzie chrześcijanin nie tylko pilnuje własnej poprawności, ale zaczyna nieść miłość Jezusa do miejsc poranionych.

 

Gdzie jest moja Samaria?

Warto więc postawić sobie proste pytanie: Gdzie jest moja Samaria? Kogo omijam? Komu nie daję już szansy? O kim mówię zawsze tak samo źle? Kogo zamknąłem w jednej etykietce? Z kim nie chcę rozmawiać, bo łatwiej mi pielęgnować dystans? Wobec kogo moja wiara przestaje być miłością, a staje się tylko racją?

Nie chodzi o naiwność. Miłość chrześcijańska nie oznacza udawania, że nie ma zła, ran, krzywd i granic. Jezus nie wzywa nas do lekkomyślności. Ale wzywa nas do czegoś więcej niż obojętność, pogarda i zamknięcie serca.

Czasem pierwszym krokiem do Samarii nie będzie wielka rozmowa. Może będzie nim modlitwa za kogoś, kogo trudno mi kochać. Może powstrzymanie się od złośliwego komentarza. Może przerwanie plotki. Może uczciwe przyznanie przed Bogiem: „Panie, mam w sobie niechęć i nie umiem jej sam pokonać”. Może proste pytanie: „Co mogę zrobić, żeby w tym miejscu było choć trochę więcej dobra?”.

 

Konkret na tydzień

W tym tygodniu wybierz jedną swoją Samarię. Nie ogólną. Konkretną. Jedną osobę, jedno miejsce, jedną relację, jedną grupę ludzi, wobec których twoje serce jest zamknięte. I zrób jeden mały krok nowego przykazania.

Nie musisz od razu rozwiązać całej historii. Nie musisz udawać, że wszystko jest proste. Nie musisz mieć wielkich emocji. Zrób jeden krok: pomódl się, odezwij się spokojniej, nie odpowiedz złośliwie, nie wejdź w obgadywanie, spróbuj zobaczyć w tej osobie człowieka, a nie tylko problem.

Bo Samaria jest raną. Ale właśnie rana może stać się miejscem działania Ewangelii. Jeśli pozwolimy Jezusowi wejść tylko tam, gdzie jest łatwo, nasza wiara pozostanie wygodna. Jeśli pozwolimy Mu wejść także do naszej Samarii, może zacząć się prawdziwe nawrócenie. A wtedy może wydarzyć się coś niesamowitego. Wielka radość może zapanować tam, gdzie wcześniej była tylko niechęć.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *